Są takie dni kiedy ciężko jest mi się zdecydować na jakiś lakier do paznokci. Zwykle sięgam wtedy po brązy, beże lub odcienie koloru niebieskiego. Jednak w tym dniu sięgnęłam po dosyć nietypowy dla mnie kolor, nietypowy, bo malinowy. Bardzo kobiecy kolor, którego raczej unikam.. Zwykle jak mam ochotę na troszkę kobiecości sięgam po czerwień, która komponuje się nawet z "casual friday".
Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie mi się ten lakier nosiło (nie wspominając o malowaniu. To prawie jednowarstwowiec!). Cały czas zerkałam na paznokcie i chwaliłam na głos ten kolor :)
Chyba zmienia mi się trochę gust lakierowy, bo zaczęłam też sięgać po fiolety... :) także jak widać dużo się zmienia w mojej głowie.
Nie wiem czy do końca udało mi się uchwycić kolor tego lakieru na zdjęciach. Wydaję mi się, że w rzeczywistości jest bardziej malinowy niż na zdjęciach, ale to też zależy od światła.
Zdjęcia do tego posta miałam przygotowane już dawno temu, ale jakoś nie miałam czasu, motywacji i chęci, żeby kończyć tego posta. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że przechodzę teraz przez dość ciężki okres w życiu. Mam duży mętlik w głowie i nie wiem, w którą stronę powinnam iść.
W całym tym mętliku zaniedbałam wszystko co tylko można zaniedbać... łącznie z paznokciami i tym co z nimi związane. Chyba takim przełomowym momentem był ten, kiedy wyszłam z koleżankami i spojrzały na moje obdrapane paznokcie i jedna z nich powiedziała "Gosia, co się z Tobą dzieje?!"... i po tym zrozumiałam, że jestem w lekkiej rozsypce i czas na ogarnięcie.
Mam nadzieję, że blog mi w tym pomoże, bo chcę wrócić do dawnej częstotliwości dodawania postów, bo wiem jaką przyjemność mi to sprawia. I daje też spełnienie. Nie wiem czy też tak macie...? Że jak coś jest źle to leży wszystko i później stopniowo zaczynacie się podnosić wracając do tego co robiliście wcześniej...?
Mam nadzieję, że nie was nie zanudzam moimi opowieściami, ale blog jest moim miejscem... takim moim małym kącikiem, którego w sumie nigdy nie miałam i jak mi coś leży na sercu, to w sumie gdzie mam te żale wyrzucać jak nie tu :)
W każdym razie... mam nadzieję, że nie zapomniałyście o mnie i że wybaczycie mi, że czasem więcej mnie tu nie ma niż jestem... ale co zrobić...
A teraz do rzeczy, bo zdjęcia się przewijają, a ja dalej swoje :)
Jakiś czas temu wrzucałam posta z warsztatów z KODI. Na tych warsztatach każdy z uczestników dostał mały upominek i tym upominkiem był ten właśnie lakier piaskowy, który w tym poście prezentuję. Na początku nie byłam do niego przekonana. Pomyślałam, że jak Godiva od Zoyi, będzie dla mnie lekkim rozczarowaniem, ale tak nie było.
To jeden z tych lakierów, który czyni nas księżniczkami i sprawia, że wszyscy patrzą na nasze paznokcie.
I tak.. w tym zdobieniu to nie słoneczniki są akcentem, ale właśnie lakier KODI ♡
Jeśli chodzi o sam lakier to maluje się nim jak marzeniem. Schnie szybko, nie rozlewa się na skórki, ma taką śmieszną konsystencję, troszkę chropowatą jak się maluje :) ale przyznam, że bardzo mi się to podobało :)
Zmywało się gorzej niż zwykły lakier, ale nie tak ciężko jak brokat.
Do tego zdobienia nakręciłam tutorial wieki temu.. Jak nie widziałyście to zapraszam > link <
Ten lakier miał u mnie swoje wzloty i upadki. Zaczęliśmy kiepsko i troszkę byłam na niego zła, bo mnie zawiódł razem z całą kolekcją.. ale później odkryłam jego urok :)
Teraz jest moim ulubieńcem z kolekcji multichromowej, co mnie trochę dziwi, bo z reguły nie lubię fioletów na moich paznokciach. A jakby nie patrzeć ten lakier troszkę z fioletu ma ;))
Co zmieniło moje nastawienie do tego lakieru? To że zaczęłam używać go na czarną bazę. Wtedy wyciągniemy najwięcej z multichromowego efektu. Samodzielnie na paznokciu nie bardzo mi się podoba, żeby nie powiedzieć, że wcale.
Jak widzicie lakier nie dość, że jest multichromem to ma jeszcze w sobie holo pyłek. I też na początku nie bardzo mi się to podobało, ale zmieniłam szybko zdanie :)
Z paznokciami jak w życiu, czasem wydaje się, że nic do siebie nie pasuje… mamy coś zwykłego, harmonijnego i jest nam z tym dobrze, a nagle chcemy czegoś więcej. I pojawia się to wrażenie, że nie ma szans, żeby to pasowało i zadziałało i jakkolwiek istniało, a jak się coś doda to już nie ma way back. I myślimy i czekamy… aż nagle, przy odrobinie odwagi, decydujemy się na to Coś. I to już od nas zależy czy to Coś nam pasuje czy nie. A czy warto? Dla mnie odpowiedź jest jedna!
W taki sposób właśnie powstało to mani. Były kropeczki, było dobrze, ale chciałam czegoś więcej. Chciałam coś dodać. I powstały różyczki. Chyba bym nie powiedziała, że to będzie do siebie i do mnie pasowało, a jednak.
Ps. Przy okazji chciałabym się troszkę pochwalić i podziękować za 200 Subskrypcji. Jest to dla mnie niesamowity sukces, bo na koniec 2014 roku moim celem była setka. A już niespełna dwa miesiące później jest dwa razy więcej :)
Strasznie mnie to cieszy i motywuje. Dziękuję !!!!